"Zaginięcie'' Remigiusz Mróz


Jest środek nocy, godzina druga trzydzieści siedem. Joanna Chyłka odbiera połączenie z nieznanego numeru. Okazuje się to być jej znajoma z liceum, Angelika. Podczas pobytu całą rodziną w domku letniskowym jej trzyletnia córka znika bez śladu. Brak śladów włamania, alarm był włączony całą noc. Kobieta podejrzewa, że jej i jej mężowi, biznesmenowi Awitowi Szlezyngierowi, zostaną wkrótce postawione zarzuty. Doświadczona prawniczka, najprawdopodobniej dlatego, że była pod wpływem kilku drinków tequili sunrise, zgodziła się bronić małżeństwa, choć sprawa wydaje się być z góry przegrana.

Za lekturę "Zaginięcia" zabrałam się niemal od razu po skończeniu "Kasacji". Emocje, które towarzyszyły mi po skończeniu pierwszej powieści nie pozwoliły mi na długo odkładać ponownego spotkania z przygodami Joanny Chyłki.

Remigiusz Mróz ponownie obdarzył swoich czytelników ciekawą i intrygującą historią. Książka rozpoczyna się paremią prawniczą: ,,Kto chce oskarżyć, powinien mieć dowód". Te słowa siedzą z tyłu głowy przez cały czas czytania książki. W związku z zaginięciem trzyletniej Nikolci nic nie jest jasne. Nie ma żadnych dowodów, a te, które są, pozostają niejasne i połączyć je można jedynie w wyniku spekulacji. Gdzie zatem jest prawda o tym, co się wydarzyło? Jak rodzice dziecka zareagują na medialną burzę, która z pewnością się rozpocznie ze względu na wysoki status Szlezyngierów? Czy małżeństwo będzie trzymać się razem i wspierać w trudnych chwilach? Jakie tajemnice skrywają Awit i Angelika? I wreszcie to, co najważniejsze - czy dziecko się odnajdzie?

Zasialiśmy już w tych jurystach ziarno wątpliwości. Teraz podlalibyśmy je hektolitrami prawniczego kuglarstwa i czekali, co wyrośnie.

Zagadka za zagadką, a próba rozwiązanie jednej, otwiera furtkę do kolejnych. W dodatku w sprawę wydaje się być zamieszana gruma przemytników, tajemniczy starzec z mroczną przeszłością oraz uciekinier z Białorusi. Każdy kolejny dzień to drastyczny spadek szans na to, że dziecko zostanie odnalezione żywe. Poszukiwania nie dają żadnych rezultatów, a mimo wciąż wielu niewiadomych, prokuratura oskarża Szlezyngierów o zabójstwo dziecka. Czy słusznie?

Na sali sądowej Joanna Chyłka jest w swoim żywiole - jest twarda, bezwzględna. Wydaje się, że każda rozprawa jest pewnego rodzaju grą, a Joanna za wszelką chce w niej rozdawać karty i mówić, co każdy ma robić. Nie zaprzestaje swojej prawniczej batalii nawet wówczas, gdy fizycznie nie jest do tego zdolna (nie mogę napisać nic więcej, by nie zdradzić kluczowych momentów fabuły).

Odnoszę wrażenie, że w "Zaginięciu" Mróz nieco bardziej niż poprzednio skupił się na postaci młodego prawnika, Kordiana Oryńskiego. Jestem szczególnie wdzięczna za fragmenty dotyczące samodzielnego stawiania czoła obowiązkom prawnika u początku jego kariery. Mróz udowadnia to, co zdarzyło się lub na pewno wydarzy się w życiu każdego człowieka - każdy z nas miał lub będzie miał okazję do tego, by po raz pierwszy móc wykazać się w swoim zawodzie i zawsze, nie ważne jak dobrze będziemy do tego przygotowani, będzie towarzyszył temu bardzo duży stres. Jest wiele czynników, które warunkują, czy będzie on mobilizujący, czy każe nam się poddać i tylko od nas zależy, jaki będzie rezultat i jak wykorzystamy te pierwsze doświadczenia.

Stało się również to, czego spodziewałam się po pierwszej powieści - doszło do pogłębienia relacji Chyłka - Oryński i bynajmniej nie dotyczy to relacji zawodowych. Ale spokojnie, Remigiusz Mróz nie zawarł w utworze opisu pikantnych scen. Jest za to więcej niż poprzednio co najmniej dwuznacznych wymian zdań i tzw. momentów.

Język powieści pozostaje bardzo dobry. Czytelnikowi serwowana jest potężna dawka sarkazmu, ironii, słownych przepychanek. Chyłka, podobnie jak poprzednio, kiedy chce, to obraża kogoś co najmniej konkretnie, a Oryński wiele uczy się od swojej patronki i wykorzystuje to, do podbudowywania z nią relacji.

- Jak dziś samopoczucie? - zapytał.
- Perfidne.
- A więc wszystko po staremu.

Zakończenie "Zaginięcia" nie jest tak niespodziewane, nieoczekiwane jak w przypadku "Kasacji", a to zapewne dlatego, że po niespodziewanym obrocie akcji o 180 stopni z zakończenia "Kasacji" jest wiele rzeczy, których czytelnik może się spodziewać (wybaczcie, jeśli to zdanie nie ma w sobie choć odrobiny sensu). Mimo tego powieść czyta się z wypiekami na twarzy, szybko przewracając jej kolejne kartki.

Szczerze polecam.
Aleksandra

























Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ognisty unboxing, czyli co kryje się w nowym boxie od Moondrive.

Październikowa zabawa u Oli z Imperium Książkomaniaczki

"Zaklinacz ognia"- Cinda Williams Chima, przedpremierowo